Niebo i piekło. Dokładnie tak.
Dwa dni maratonu bez assistance, tylko my, samochody, pustynia i decyzje podejmowane pod presją. Dakar w swojej najbardziej surowej formie.
Z jednej strony:
fantastyczna jazda
świetne tempo
obłędne widoki i potężne wydmy
prawdziwa frajda z prowadzenia auta w takim terenie
Z drugiej strony:
wróciliśmy bez ani jednego koła zapasowego,
urwane zawieszenie pierwszego dnia maratonu niemal zakończyło nam etap,
na szczęście przezorność serwisu – mieliśmy zapasowy sworzeń,
noc w namiotach i wspólny, nocny serwis dwóch rajdówek z Piotrem i Jarkiem,
drugiego dnia znów strata opony,
półoś u Piotra,
i na samym końcu etapu jeszcze wymiana drążka wahacza.
Łatwo? Absolutnie nie.
Spektakularnie? Zdecydowanie tak.
Najważniejsze? Kolejny etap maratonu ukończony!
Zmęczenie już się czuje, ale motywacja wciąż jest ogromna.
Jedziemy dalej, walczymy dalej.